wtorek, 31 sierpnia 2010

Wakacje studentów podobno kończą się ostatniego września.


     Koniec wakacji. Jestem studentką a wakacje kończą mi się wraz z sierpniem. Jestem wobec tego bezsilna. Dziś poraz kolejny przebyłam drogę ze Stalowej W. do Krakowa. Przez to co zabiera mi Kraków czasem mówię źle o tym mieście. Niegdy tego tak naprawdę nie chcę. Po prostu nie lubię tej samotności tutaj. Nie lubię tu przebywac sama. W mieście, w którym wiekszośc życia spędza się w tramwajach rozmyślając. W mieście królów. I jeszcze ta podoga. Znów świat zalewa deszcz. Nieskończony deszcz. Znów zapowiadają nieszczęścia.
     Zanim wsiadłam do busa byliśmy z D. świadkiem wypadku samochodowego. Ważne i istotne było dla mnie przełamanie się i 'zimna krew'. Wydaje mi się, że nic nikomu się nie stało, ale również nikt oprócz zrozpaczonej pani zza kierownicy nie pochylił się nad potrąconą. A kierowcy bezdusznie pędzili przed siebie...

     Jesteś mi niezbędny do życia. Tęsknię i odliczam dni.

poniedziałek, 30 sierpnia 2010

Kolejna podniebna podróż

Tam w niebie jest całkiem inaczej. Podziwiałam widoki jakie tworzyły wielkie białe chmury. Ciężko było mi uwierzyć, że coś co na dole zatapia świat w takim ponurym mroku, tam u góry zachwyca swoim jasnym i niesamowitym wyglądem. Pierwszy raz zdarzyło mi się widzieć inny samolot przelatujący gdzieś obok. Przyglądając się tym spiętrzonym chmurom oblanym blaskiem słońca przyszło mi na myśl pewne zdjęcie, obrazek z jednej dość popularnej ostatnio strony. Przedstawiał on coś o czym marzy pewnie nie jedna osoba patrząca przez okno samolotu. W sercu kuła mnie tęsknota. Po wylądowaniu zobaczyłam H. i mamę. Ucieszyłam się z domu. Zarówno z jego materialnego jak i tego całkiem innego znaczenia. Chwilkę później jechałam już na spotkanie. Kolejne spotkanie w małym domku, w którym (w co głęboko wierzę) zwykł bywać Ludwik XVI. Tym razem plus jedna osoba. Domek ten kryje w sobie wspomnienia jeszcze innych spotkań z licealnych czasów. Namiot jest symbolem świata, w którym wszytko wyglądało dla nas inaczej. Tym razem namiot nie rozłożony, z powodu pogody zachęcającej do spania na wieloosobowym łożu. Pożegnałyśmy się przed rozstaniem na większe niż dotąd odległości. Zdjęcie jest ze spotkania w domku, zrobione wczesnym rankiem około miesiąc temu.

Ciebie chcę.

Nie potrafię pozbyć się tego smutku. Niczym zabić ogromnej tęsknoty. Jeszcze wczoraj spałam spokojnie przy Tobie. Dziś nie mogę zasnąć bez Ciebie. Chcę przeoczyć ten czas kiedy jesteśmy tak daleko. Chcę nie zauważyć odległości, ominąć dni. I być znów blisko.

środa, 25 sierpnia 2010

Środa. Dziś.

Tygodnie mijają nie wiadomo kiedy. Na szczęście przyszłość rysuje się w dość przyjaznych barwach. Trzy a może dwa tygodnie i znów pojeździmy sobie po Stalowej W. jak dawniej. Znów zjemy hot-dogi na Statoil. Przespacerujemy się po Tesco, pytając o zestaw słuchawkowy, który jak już zgaduje będzie za dwa tygodnie. Odwiedzimy stare mury Staszica. Uśmiechniemy się to tych, którzy są tego warci. Cieszę się. Rzadko nam się tak zdarza, co tym bardziej czyni te chwile wyjątkowymi.
Teraz siedzę sobie grzejąc się ciepłą bluzą i grubymi skarpetkami, bo jak zwykle jest mi zimno. T. własnie skończył prace. Ja od rana zrobiłam ostatnie zakupy przed powrotem do domu, a teraz czekam niecierpliwie. Dziś mamy dzień królewskiego posiłku. Jak miło. W kuchni czekają już naleśniki, Nutella w kubeczku i lody truskawkowo-śmietankowe mrożą się w zamrażalniku. Zjemy te pyszności, spędzimy mile czas ze znajomymi, wypijemy coś dobrego... zapominając, że to już środa.

poniedziałek, 23 sierpnia 2010

Od wczoraj do dziś.

Poznałam dosłowne znaczenie słowa współczucie.
Porozmawiałam o czymś ważnym. Bardzo. Mimo, że było to dla mnie ciężkie.
Spędziłam czas z ludźmi, z którymi dawno lub nigdy nie zamieniłam słowa. Cenne spotkanie.
Widziałam uśmiech mojej H. małej i zatęskniłam za nią jeszcze mocniej. Jej głos... 
Jeszcze raz poczułam, że jest jeszcze ona. 
Spędziłam długi czas na rozmowie z rodzicami, co było mi potrzebne. 
Poczułam wielką ulgę. Postanowiłam, że w poniedziałek koniecznie złożę wniosek o paszport.
Widziałam szczęście w oczach, które na mnie spojrzały. 
Pół dnia spędziłam w przemoczonych butach. Nadal jest mi zimno, ale pogoda tu bywa nieprzewidywalna. 
Byłam świadkiem rozmowy reprezentującej jedynie brak nadziei na przyszłość. Poczułam żal. 
Wiele innych krótkich chwil, słów, myśli i spojrzeń...


W kilka chwil.


sobota, 21 sierpnia 2010

Twoje ramię u boku mojego.


Najważniejsze, że w poniedziałki... będziemy chodzić na basen. Basen jest nie ważny. 

piątek, 20 sierpnia 2010

Bezsenność

A myślałam, że sen, a może raczej chęć spania jest moim wiernym towarzyszem. Właśnie się rozczarowuję. Wtedy kiedy jest najbardziej potrzebny znika udając, że to normalne. Być może.
Jeśli chodzi o bezsenność, chyba nie tak się nazywa spanie do 11 i niemożność zaśnięcia o 20.
W każdym razie skończyłam czytać kolejną książkę. Wczoraj nawet próbowałam zabrać się za następną, ale mimo tego iż została wielokrotnie nagrodzona za głębie przemyśleń w niej zawartych oraz doceniona za swą treść przez ludzi mających zapewne o wiele więcej do powiedzenia na temat książek niż ja, rozczarowała mnie na swoich pierwszych stronach dlatego chwilowo ją porzucam. Doceniam kunszt autora, mimo to myślę iż lżejsza książka jest mi teraz potrzebna. Być może nawet film, wymagający jeszcze mniej od mej wyobraźni. Pomyślę nad tym, a tymczasem muszę docenić to, że mogę przespać ponad polowę doby, nie myśląc o tym, że trzeba przecież rozdać lekarstwa w szpitalu oddalonym o długa drogę tramwajem, podczas gdy inni maja właśnie wakacje.

Ps.Siedzę przed komputerem z kubkiem gorącej herbaty. Marzę o jakiejś pysznej pizzy i o tym, aby T. nie pracował od czwartej nad ranem. Marzę jeszcze o kilku innych rzeczach. O prostszym świecie.

 D.,H. tęsknie za Wami.

Guinness Cake

Natchnięta 'Guinness Cake' postanowiłam założyć własną, osobistą książkę kucharską. 

czwartek, 19 sierpnia 2010

Widząc to miasto nikt nie nazwałby Stalowej Woli 'miastem rowerów'. Cambridge.




Cambridge.
Miasto to można ująć w trzech słowach: gondole, rowery z koszykami, uniwersytet.
Stare miasto posiadające swój urok.
Na każdym kroku kolejne wydziały uniwersytetu. Rowery z koszykami wszędzie gdzie tylko zwróci się swój wzrok. A na rzece, która płynie przez środek tego miasta co chwilę można zobaczyć  romantyczną gondolę.
Kolejne nowe miejsce i kolejne trofeum.

PS. Pod koniec naszej wycieczki zachęceni wystawą sklepową trafiliśmy do pewnego miejsca. Świata ludzi pasjonujących się grą maleńkimi, szczegółowymi postaciami, które sami ręcznie malowali. Byliśmy tam chyba jedynymi ludźmi nie mającymi pojęcia o co w tym wszystkim chodzi. Dla zachęcenia nas do tego typu gry otrzymaliśmy maleńkie postaci, pędzelki zaostrzone niczym ołówki oraz kilka kolorowych farbek. Naszym zadaniem było pomalowanie tych małych Wikingów. Praca bardzo dokładna wiec i czasochłonna. Spodobało nam się to!





My. I nasz niezawodny statyw. 
Malowanie maleńkiego Wikinga. Chyba to jest Wiking.

poniedziałek, 16 sierpnia 2010

Mój

Kocham Cię *:

Kto by pomyślał...




..że kiedyś, będziemy spotykały się gdzieś na końcu świata, pijąc sobie kawę i jedząc jednego z najlepszych jakie w życiu jadłam placków. Kto by pomyślał, że nasi mężczyźni będą siedzieli w pokoju obok, oglądając tv i pijąc ulubione napoje, a dzieciątko będzie spało spokojnie.

Kiedyś... przesiadywałyśmy godzinami na ławce, chodziłyśmy na lody do 'Zielonego', godzinami obgadywałyśmy wszystkie tak istotne wtedy dla nas tematy, marzyłyśmy... Byłyśmy dziewczynkami tak bardzo nieświadomymi przyszłości.
Teraz... przestałyśmy odliczać czas. A nawet mamy genialny plan dodania 20 lat pomiędzy 25 a 35 rokiem życia. Tylko do kogo się z tym zgłosić? Odwiedzamy się z daleka od naszego Ozetu, ale nadal pozostając 'sąsiadkami'. I choć tyle się zmieniło w naszych życiach to jednak ilość istotnych dla nas tematów do omówienia pozostaje bez zmian. Przyjaźń z czasów kiedy getry były modne a Spice Girls były naszymi idolkami do teraz kiedy cały świat wygląda już zupełnie inaczej...

Dwa dni spędziliśmy w miasteczku z kierunkiem północnym w nazwie, oddalonym od Luton o godzinę drogi samochodem. W sobotę po zrobieniu sałatki, pojechałam na lotnisko. Tam hinduskie ręce miały zrobić mi kawę, chwaloną przez wszystkich. Hindusa zabrakło. Za to inne, wspanialsze ręce zrobiły mi Chai Latte. Nie mam pojęcia co to, ale było przepyszne. Do tego zjadałam francuskie ciastko z morelą, a następnie jeszcze z czekoladą w nagrodę za to, że jestem dziewczyną T. Po królewskim deserze, który jeszcze później składał się z płatków na mleku wróciliśmy do domu. Chwilkę później przyjechał po nas P. i tak wyjechaliśmy do Northampton.
 Miasteczko to różni się stanowczo od naszego Luton. Jest o wiele ładniejsze i inaczej zbudowane, nie wspominając już o dzielnicy jaką odwiedziliśmy następnego dnia. Dzielnica ta wzbudziła w nas jedynie żal i wiele pytań bez odpowiedzi. Wieczór spędziliśmy w sześć osób dorosłych i dwa maleństwa. A. przyrządziła królewskie danie. Piłyśmy drinki jakich jeszcze nigdy nie piłam, chłopaki swoje trunki z Colą i rozmawialiśmy do późnych godzin nocnych. Następnego dnia po śniadaniu i kolejnych godzinach rozmów wybraliśmy się na wycieczkę do bardzo wyjątkowego miejsca wzbudzającego we mnie pewien sentyment. Do lasu. Nie był to taki zwykły las, ponieważ prowadziła przez niego kładka wspinająca się powoli aż do szczytów drzew. Piękne wrażenie robiło na człowieku stanie na równi z tymi starymi, chwiejącymi się sosnami.  Z tego miejsca pochodzą nasze zdjęcia. Z lasu wróciliśmy na jakiś czas do domu, a następnie do Luton odwiedzając na chwilkę nasz park, aby popodziwiać lądujące samoloty. Trzeba samemu zobaczyć, usłyszeć i poczuć, aby wiedzieć co tu jest do podziwiania. Tak skończyły się nasze dwa dni spędzone w mieście z kierunkiem północnym w nazwie...








.

piątek, 13 sierpnia 2010

Dni w Luton

Zrobione roku temu. W Londynie. W mojej ulubionej kawiarni.

Spędzam tu pięć tygodni. Najpiękniejsze pięć tygodni w roku. Zasypiając i budząc się u boku ukochanego. Dni mijają i nim się obejrzałam jestem już za połową. Czas spędzany razem różni się od każdej innej chwili wyjątkowością, poczuciem bliskości, przenikającą miłością, poczuciem bezpieczeństwa i pewnością, że jeśli nie ma Cie teraz przy mnie to najdłużej za kilka chwil będę mogła się przytulić.
Dzień codzienny tu w Luton również różni się od dni codziennych w Krakowie czy Stalowej W.
Rano, przeważnie około trzeciej lub czwartej budzi mnie pocałunek. Nadal nie jestem w stanie usłyszeć budzika, wiec ma szczęście, że to nie mnie tu ma porwać do rozpoczęcia dnia, często kiedy za oknem jest jeszcze ciemno. Te poranki wiele dla mnie znaczą. Znów zasypiam. Budzę się zazwyczaj o tej samej godzinie, chyba, że dzień wcześniej do późna w nocy czytałam, wtedy jest inaczej. po przebudzeniu zostaje mi pewna ilość czasu, która jest wystarczająco krótka, abym nie musiała długo czekać na T., i wystarczająco długa abym mogła zrobić wszytko co sobie zamierzyłam. Jem moje tradycyjne odkąd tu przyjechałam śniadanie: dwie kromki chleba pełnoziarnistego zamienione w grzanki z żółtym serem. Wypijam kawę, od pewnego czasu gorzką, co nawet przypadło mi do gustu. Myśląc teraz o kawie czuję jej zapach. Jutro w ramach mojego deseru, wchodzącego w skład królewskiego posiłku idę na mistrzowską kawę na lotnisko. O jej wyjątkowości mówiło mi już wiele ludzi, tak wiec i ja spróbuje latte z sosem karmelowym przyrządzonej przez hinduskie dłonie pewnego młodego mężczyzny. Chodzę po sklepach. Tutaj sprawia mi to przyjemność, której nie mogą we mnie wzbudzić wielkomiejskie galerie. Czytam książki. Rozmawiam ze współlokatorkami. Staram się otoczenie wrócić do porządku i wypełnić nasze domowe obowiązki. Przedpołudnia mijają zadziwiająco szybko. Ciężko nawet było mi zauważyć brak internetu, który miał doskwierać nam przez pierwsze dwa tygodnie. Słysze telefon, odbieram i słyszę głos wzbudzający we mnie szczęście. Ubieram się i idę przez park, mijając gromadki królików. Tam spotykam T. razem wracamy do domu. Popołudniami wychodzimy do parku. Jestem pełna uznania wszystkim angielskim parkom jakie do tej pory widziałam. Dzięki nim mamy pod dostatkiem zieleni do spacerów i ławek do odpoczynku i rozmów. Pogoda tu bywa nieznośna. Czasem lubimy spacerować po prostu błądząc po tym mieście. Zakręcając w jakaś przypadkową uliczkę, później następną i znów następną. Oglądamy domy, wybieram co się nam podoba a co stanowczo odrzucamy, szukamy inspiracji, omawiamy wszystkie tematy świata. Chodzimy na kawę. Znów kawa, ale ja ją uwielbiam. T. ma to szczęście, że w pracy ma pod dostatkiem najlepszej jakości smaku i w nieograniczonych ilościach kawy, wiec popołudniami to ja za nią bardziej tęsknię. Czasem idziemy na zakupy. Ostatnio poszliśmy na hinduski targ. Miejsce dość specyficzne w tym mieście ale nigdzie nie ma tak pięknych i  słodkich pomarańczy. Oprócz tego kupiliśmy dwa kokosy i wbrew pozorom rozbicie ich nie było dla nas problemem. Kokos- symbol bezludnej wyspy i wolności. Mamy w planach wybrać się jeszcze na ich ciastka. Nikt z naszych znajomych nie słyszał o tych ciastkach, a my nawet już mamy wśród nich swoje ulubione. Wieczorami wychodzimy ze znajomymi, lub do znajomych, robimy grila lub po prostu siadamy przed telewizorem i oglądamy filmy. Robimy sobie coś do jedzenia i siadamy w naszym osobistym kinie w cieplutkim pokoju słuchając deszczu za oknem. Na dni wolne planujemy coś wyjątkowego, coś na co dzień codzienny nie dał by nam czasu. Ważnym elementem są też królewskie posiłki. Ponieważ mam ich tylko dwa, już kilka dni wcześniej planujemy kiedy i jaką pyszność. Także byliśmy już na śniadaniu angielskim, które stało się jednym z moich ulubionych posiłków, jedliśmy w Aromie- chińskiej restauracji ze szwedzkim stołem, jadłam pyszne lody, pierwszy raz w tym roku, jadłam kebaba w ulubionym miejscu T., dwie porcje frytek i litry sosu czosnkowego, pączki, płatki na czekoladowym mleku- pierwsze płatki na mleku w moim życiu. Mamy nawet ich zdjęcie wiec dodam kiedy tylko pojawi się na komputerze. Czekały na zjedzenie od świąt wielkanocnych, po to abym mogła je w końcu zjeść. Jadłam wiele pysznych sałatek na babskim wieczorze, piernika upieczonego jeszcze w domu. Draże o których marzyłam i Dumle. Rozkoszuje się każdym z tych posiłków. Przed pierwszym miałam nawet tremę. Teraz już nie, teraz już tylko dreszczyk zniecierpliwienia i niebo w gębie, a później wielki żal, że nie mogę już pomieścić więcej. Ale jestem dzielna i przestrzegam wszystkich nakazów francuskiego lekarza, a w nagrodę moja waga mimo, że czasem napędza mi strachu to po chwili znów wraca do normy z ostatnich dni. Nie jest to może wymarzona ilość kg ale już nic na to nie poradzę, a może nie chcę po prostu. A może to po prostu siła drzemiąca w czekoladzie ...

Serial, którego chciałabym zabronić oglądać moim dzieciom

Dziś skończyliśmy oglądać serial.
"Dexter" premiera pierwszego sezonu w 2006 roku.
Serial został stworzony na podstawie powieści Jeffa Lindsaya "Darkly Dreaming Dexter"


Jeśli miałabym opisać w kilku słowach wrażenia to tak jak w tytule chciałabym zabronić oglądania tego serialu moim dzieciom.
Na stwierdzenie, że to właśnie 'mroczny pasażer' rujnuje jego życie trzeba było czekać do ostatniego odcinka. A co gdyby ktoś nie obejrzał wszystkich odcinków? Serial budzący sprzeczne uczucia. Oglądaliśmy go przez równy rok wiec miałam chwile na przemyślenia. Jeszcze tylko  książka, która należy przeczytać, aby wiedzieć już wszytko. Aby być może doszukać sie innego sensu w tym serialu. Jak na razie ramy w jakie została zamknięta opowieść o seryjnym mordercy przeraziły i tak naprawdę nie dały zaspokajającego duszę zakończenia. 

czwartek, 12 sierpnia 2010

W czasie gdy czekam, aż T. wróci z pracy

Czytanie 'Zielonej mili' S. Kinga, która okazała się jedną z najlepszych książek jakie trafiły w moje ręce, zostało zawieszone. Musiałam oddać ją do biblioteki przed wyjazdem do Anglii. Koniecznie skończę ją po powrocie kiedy już krakowskie biblioteki otworzą przede mną swoje drzwi.
Do T. zabrałam ze sobą to co miałam w domu.

Przeczytałam:  "Dotyk zła" Alex Kava
Mimo, że początkowo zniechęcił mnie tytuł tej książki, to jej 490 stron przeczytałam z zainteresowaniem. Byłam na nią skazana z powodu braku czegoś innego, ale ostatecznie jestem wdzięczna za to skazanie.
Książka, którą czytam obecnie to: "Spalona żywcem" Souad
Jestem dopiero na pierwszych stronach, ale wywody na temat większej pożyteczności krowy od kobiety są, niewiarygodnie głupie i aż ciężko uwierzyć w istnienie takich przekonań wśród ludzi. Jedyne co przychodzi mi na myśl to chęć ucywilizowania miejsc takich z jakich wywodzi się ta kobieta.

Już dawno chciałam spisać filmy jakie obejrzeliśmy z T. mając je za pewne bogactwo jakie posiadamy. Nie wiem czy uda się zrobić to wstecz, ale postaram się przynajmniej spisywać je na bieżąco.
Wczoraj "Casino Royale" z 2006. 
Poruszyła mnie scena tonącej dziewczyny Bonda. Nie mogłam na nią patrzeć. Bolała mnie. Przerażała.

Babskie spotkanie

Wieczór i cała noc w towarzystwie kobiet. Piękny powód tego spotkania. Piękne sukienki. Wieczorowy nastrój. Czerwone wino. Stół pełen pysznego jedzenia. Rozmowy do świtu. Tylko i wyłącznie kobiece zdanie. Spotkanie różnych historii było wyjątkowe.

'Dziewczyny a powiedzcie mi czy ...'

Wielki urok miał ten wieczór zakończony o świcie. Ciężko mi teraz zebrać myśli i napisać jakie miał dla mnie znaczenie, a miał wielkie. Myślę, że każdej kobiecie potrzeba takich waśnie spotkań. Potrzeba również pocałunku na pożegnanie, przekonania, że tęskni, telefonu o 4 nad ranem, i znów pocałunku, kiedy noc zostanie odespana, wysłuchania tego o czym chce się opowiedzieć i nie pytania o to o czym mówić się nie powinno.

Kiedy poznaje się kogoś nowego, wyostrzają się pewne 'zmysły', których na co dzień nie dostrzegam. Patrzę inaczej, słucham uważniej, poznaję.

Indywidualność sprawia, iż dusze się uzupełniają. Płeć je solidaryzuje. Odrobina alkoholu otwiera. Przyjaźń daje poczucie bliskości.

niedziela, 8 sierpnia 2010

'Be the change you want to see in the world'

http://www.youtube.com/watch?v=28wXlIr30K4 piosenka jako tło







Była to wyjątkowa wycieczka. Wyjechalismy z Luton o 20:00 i już 25 minut później wysiedliśmy na St. Pancras- stacji, z istniejącym naprawdę peronem 9 3/4. Pierwsze kroki udaliśmy do Mc. Donalda ponieważ każda inna kawiarnia była już zamknięta. Duża gorąca latte miała dać nam siłę na całą długą noc bez snu. Następnie cudem udało nam się dojechać na nieważym bilecie do centrum na London Bridge. Tam zaczęla się nasza wycieczka. Ponieważ już wcześniej za punkt wyjścia wybraliśmy Tower of London udaliśmy się tam aby nasz spacer w rzeczywistości również prowadził z jednego brzegu mapy na drugi. Mapy zapomnieliśmy. I tak też się stalo. Spacerowalismy wzdłuż brzegu Tamizy przez całą noc, podziwiając miasto, które zasypia około 2. w nocy aby znów obudzić się o 4. dla mleczarzy i ludzi zaczynających kolejny dzień. Po drodze zjedliśmy romantyczą kolację we dwoje na drewnianej ławce nad brzegiem przy świetle nadbrzeżnej latarni i sznura żarówek ciągnacych się prezez wiekszość naszej trasy. Wypiliśmy kawe z naszego nowozakupionego na tą okazję termosu. Kolejny przystanek już po drugiej stronie rzeki w miejsu gdzie byliśmy jedyni, a policja patorolawala ten spacerownik co około 50 metrów, albo nas chroniąc albo chroniąc przed nami. Było to naprzeciwko Westmister. Idąc dalej znaleźlismy sobie wymarzone miejsce na posiadanie mieszkania. Piękne i zadziwiające swoją architerkturą, dostojnością wielkością i urodą tego miejsca. Tam właśnie mieszkanie z baklonem niczym Titanic wpływającym nad Tamizę będzie nasze. Zbliżała się 4 rano. Zaraz za przerażającą elektrownią o ogromnych rozmiarach znajdował się park, który tak jak już pisałam kończył naszą mapę Londynu. Zawrócilismy wiec mostem Chelsea, znów kierując się w stornę London Bridge. Zaczynalo światać. Zastanwiałam się ilu ludzi mieszkających w tym mieście wie jakie kolory odbijają się w Tamizie o świcie. Londyn o świcie wygląda wyjątkowo. Delikatna poświata jasności zalewa miasto powoli pozwalając na spokojną pobudkę. Mleczarze od wczesnych godzin rannych jeżdżą swoimi śmiesznymi pojazdami i wygląda to trochę bajkowo. Panuje pewnego rodzaju cisza, do momentu gdy ludzie śpiesznie udający się do pracy nie znaczną opuszczać swoich domów. My byliśmy poza tym wszytkim. Przyglądaliśmy się temu z boku. Londyn cały jest o świcie w kolorach jasnych szarości. Jedynie czerwone autobusy wybijąja się na tym spokojnym tle powoli przemierzając mosty. Cała trasę nagraliśmy w formie, krótkich filmików, w których ja przeważnie jestem nieudanym operatorem kamery a T. niezadowolonym ze swojej roli głównym bohaterem. Londyn w tle prezentowal się znakomicie jako jedyny wywiązując się ze swojej roli. Nad ranem około piatej kiedy kierowcy autobusów jednak zorientowali się, że nasze bilety nie działają zgodznie z założeniem chodzenia na nogach udaliśmy się w stronę Oxford Street. Po drodze idąc przez Trafalgar Square na którym sfotografowaliśmy statek w butece, która miała około 2 m wysokości i pewnie z 4m długości. Przeszliśmy budząca się do życia Oxford Street podziwiając wystawy sklepów, z rzeczami na które nigdy nie będzie nas stać. Oboje czuliśmy się mali wobec ogromu drogich przedmiotów za szkłem wystaw. Ponieważ do otwarcia mojego sklepu, na który T. ma uczulenie było jeszcze około 1,5 h udaliśmy się do Mc. Donalda znów na kawe i śniadanie. Nastepnie zakupy w moim sklepie i zaraz po tym podziwiając wszytkie napotkane po drodze niesamowite samochody, których znaczenie musiał mi T. wyjaśniać udalismy się do dostojnego Harrodsa- spełniającego rolę muzeum zaplanowanego do zwiedzania na ten wyjazd. Przeszliśmy większość pięter podziwając piękno tego sklepu i zastanawiając się nad sensem wydawania niesamowitej ilości pieniędzy za np. widelec. W każdym razie miejsce to wzbudza we mnie zachyt za każdym razem. Po tym punkcie naszej wycieczki około godziny 13:00 byliśmy już wykończeni, z powodu braku snu i ilości kilometrów jakie ciążyły naszym nogom. Pojechaliśmy wiec znów na St. Pancras aby udać się do Luton. Zostawilismy w domu wszytkie zakupy oraz plecaki i udalismy się na mój trzeci królewski posiłek, który idealnie zwieńczył tą pełna atrakcji dobę. Po 24 godzinach bez snu zasnęłam na nastepne 18 godzin.