 |
| Zrobione roku temu. W Londynie. W mojej ulubionej kawiarni. |
Spędzam tu pięć tygodni. Najpiękniejsze pięć tygodni w roku. Zasypiając i budząc się u boku ukochanego. Dni mijają i nim się obejrzałam jestem już za połową. Czas spędzany razem różni się od każdej innej chwili wyjątkowością, poczuciem bliskości, przenikającą miłością, poczuciem bezpieczeństwa i pewnością, że jeśli nie ma Cie teraz przy mnie to najdłużej za kilka chwil będę mogła się przytulić.
Dzień codzienny tu w Luton również różni się od dni codziennych w Krakowie czy Stalowej W.
Rano, przeważnie około trzeciej lub czwartej budzi mnie pocałunek. Nadal nie jestem w stanie usłyszeć budzika, wiec ma szczęście, że to nie mnie tu ma porwać do rozpoczęcia dnia, często kiedy za oknem jest jeszcze ciemno. Te poranki wiele dla mnie znaczą. Znów zasypiam. Budzę się zazwyczaj o tej samej godzinie, chyba, że dzień wcześniej do późna w nocy czytałam, wtedy jest inaczej. po przebudzeniu zostaje mi pewna ilość czasu, która jest wystarczająco krótka, abym nie musiała długo czekać na T., i wystarczająco długa abym mogła zrobić wszytko co sobie zamierzyłam. Jem moje tradycyjne odkąd tu przyjechałam śniadanie: dwie kromki chleba pełnoziarnistego zamienione w grzanki z żółtym serem. Wypijam kawę, od pewnego czasu gorzką, co nawet przypadło mi do gustu. Myśląc teraz o kawie czuję jej zapach. Jutro w ramach mojego deseru, wchodzącego w skład królewskiego posiłku idę na mistrzowską kawę na lotnisko. O jej wyjątkowości mówiło mi już wiele ludzi, tak wiec i ja spróbuje latte z sosem karmelowym przyrządzonej przez hinduskie dłonie pewnego młodego mężczyzny. Chodzę po sklepach. Tutaj sprawia mi to przyjemność, której nie mogą we mnie wzbudzić wielkomiejskie galerie. Czytam książki. Rozmawiam ze współlokatorkami. Staram się otoczenie wrócić do porządku i wypełnić nasze domowe obowiązki. Przedpołudnia mijają zadziwiająco szybko. Ciężko nawet było mi zauważyć brak internetu, który miał doskwierać nam przez pierwsze dwa tygodnie. Słysze telefon, odbieram i słyszę głos wzbudzający we mnie szczęście. Ubieram się i idę przez park, mijając gromadki królików. Tam spotykam T. razem wracamy do domu. Popołudniami wychodzimy do parku. Jestem pełna uznania wszystkim angielskim parkom jakie do tej pory widziałam. Dzięki nim mamy pod dostatkiem zieleni do spacerów i ławek do odpoczynku i rozmów. Pogoda tu bywa nieznośna. Czasem lubimy spacerować po prostu błądząc po tym mieście. Zakręcając w jakaś przypadkową uliczkę, później następną i znów następną. Oglądamy domy, wybieram co się nam podoba a co stanowczo odrzucamy, szukamy inspiracji, omawiamy wszystkie tematy świata. Chodzimy na kawę. Znów kawa, ale ja ją uwielbiam. T. ma to szczęście, że w pracy ma pod dostatkiem najlepszej jakości smaku i w nieograniczonych ilościach kawy, wiec popołudniami to ja za nią bardziej tęsknię. Czasem idziemy na zakupy. Ostatnio poszliśmy na hinduski targ. Miejsce dość specyficzne w tym mieście ale nigdzie nie ma tak pięknych i słodkich pomarańczy. Oprócz tego kupiliśmy dwa kokosy i wbrew pozorom rozbicie ich nie było dla nas problemem. Kokos- symbol bezludnej wyspy i wolności. Mamy w planach wybrać się jeszcze na ich ciastka. Nikt z naszych znajomych nie słyszał o tych ciastkach, a my nawet już mamy wśród nich swoje ulubione. Wieczorami wychodzimy ze znajomymi, lub do znajomych, robimy grila lub po prostu siadamy przed telewizorem i oglądamy filmy. Robimy sobie coś do jedzenia i siadamy w naszym osobistym kinie w cieplutkim pokoju słuchając deszczu za oknem. Na dni wolne planujemy coś wyjątkowego, coś na co dzień codzienny nie dał by nam czasu. Ważnym elementem są też królewskie posiłki. Ponieważ mam ich tylko dwa, już kilka dni wcześniej planujemy kiedy i jaką pyszność. Także byliśmy już na śniadaniu angielskim, które stało się jednym z moich ulubionych posiłków, jedliśmy w Aromie- chińskiej restauracji ze szwedzkim stołem, jadłam pyszne lody, pierwszy raz w tym roku, jadłam kebaba w ulubionym miejscu T., dwie porcje frytek i litry sosu czosnkowego, pączki, płatki na czekoladowym mleku- pierwsze płatki na mleku w moim życiu. Mamy nawet ich zdjęcie wiec dodam kiedy tylko pojawi się na komputerze. Czekały na zjedzenie od świąt wielkanocnych, po to abym mogła je w końcu zjeść. Jadłam wiele pysznych sałatek na babskim wieczorze, piernika upieczonego jeszcze w domu. Draże o których marzyłam i Dumle. Rozkoszuje się każdym z tych posiłków. Przed pierwszym miałam nawet tremę. Teraz już nie, teraz już tylko dreszczyk zniecierpliwienia i niebo w gębie, a później wielki żal, że nie mogę już pomieścić więcej. Ale jestem dzielna i przestrzegam wszystkich nakazów francuskiego lekarza, a w nagrodę moja waga mimo, że czasem napędza mi strachu to po chwili znów wraca do normy z ostatnich dni. Nie jest to może wymarzona ilość kg ale już nic na to nie poradzę, a może nie chcę po prostu. A może to po prostu siła drzemiąca w czekoladzie ...