niedziela, 10 października 2010

Dom

Mój dom. Jedyny prawdziwy.
Jechałam tam 6 godzin cierpiąc ogromne męki. Niewiarygodnie wykańczające potrafią byc korki. Zanim wyjechałam z Krakowa zdążyłam odespac cały poprzedni tydzień. I tak pokonując tę odległośc z Krakowa do Stalowej W. w środku ciemnej nocy znalazłam się w domu. H. już spała. Nawet to musiano mi odebrac. Nie istotne. Ważne, że znów byłam w domu. Nad ranem, usłyszałam delikatne tupanie i już nagle świt miał się okazac idealną porą na rozpoczęcie dnia. I okazał się. Zatłoczona kuchnia. I ktoś nareszcie zrobił mi śniadanie. Po tym trochę porządków w rzeczach przesiąkniętych wspomnieniami. Zrobienie sobie laurek bez powodu, co przecież jest najpeikniejsze. Powód znalazł się po drodze. H. straciła pierwszego mlecznego zęba z czego bardzo jestem dumna, bo wiele ją to kosztowało. Hojnośc wróżki spotkała się z oburzeniem. Nie wiadomo dlaczego. Ja byłam zbyt zaspana, żeby się nad tym zastanawiac.
Najważniejsze były kasety video. Kim ja byłam kiedyś. Śmiech ze łzami zlał się w jedno. Wieczorem  przyjechała D. Dostałam ciepłe, przepiękne góralskie skarpetki i pozazdrościłam tych gór. Następnego dnia spotkanie w powiekszonym gronie.

Zawsze gdy zamykam drzwi za sobą, dziękuję za to co mam.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz